Sport.pl

Golf. Danny Willett wygrał Masters, klapa Jordana Spietha

28-Anglik Danny Willett wygrał pierwszy turniej wielkoszlemowy w sezonie - Masters. Z puli nagród wynoszącej 10 milionów dolarów na jego konto wpłynie 1,8 mln, a przez rok będzie posiadaczem legendarnej klubowej zielonej marynarki.
Przez trzy turniejowe dni wydawało się, że triumfatorem Masters będzie znów Jordan Spieth. Najlepszy golfista poprzedniego sezonu i numer dwa w światowym rankingu przez trzy i pół rundy rozdawał karty na legendarnym polu Augusta National Golf Club. Grał skutecznie, mądrze, pilnował wypracowanej pierwszego dnia przewagi, nie dawał ponosić się emocjom, a w niedzielę wybierał bezpieczne rozwiązania, zamiast powiększać wypracowaną przewagę. Aż do 10. dołka w niedzielę - tam zagrał na bogey'a i zaczęły się kłopoty.

Na 11. dołku znów zagrał o jedno uderzenie za dużo, ale prawdziwy dramat przeżył na 12. dołku par3. Pierwsze uderzenie - do wody. Poprawka z połowy fairway'a - do wody. Trzecia próba - do bunkra. Skończył ten dołek z siedmioma uderzeniami, cztery powyżej par. Na trzech dołkach uważanych za najtrudniejsze na polu w Auguście - tzw. Amen Corner - stracił łącznie sześć uderzeń i zamiast uciekać przed pościgiem, sam musiał gonić. Po dziewięciu niedzielnych dołkach miał pięć uderzeń przewagi, gdy ruszał na 13. dołek miał trzy uderzenia straty do niespodziewanego lidera Danny'ego Willetta. Strat już nie odrobił.

12.dołek potrafi grzebać marzenia najlepszych graczy i Spieth nie jest jego pierwszą ofiarą. - Granica między sukcesem i porażką na tym dołku jest cieniusieńka. Tam może zdarzyć się wszystko - tłumaczył Lee Westwood, który razem ze Spiethem zajął drugie miejsce. Spiethowi 12. dołek dobrze się nie kojarzy, bo po raz drugi błąd w tym miejscu w finałowej rundzie kosztował go triumf w Masters. W 2014 roku też zagrał w wodę i wtedy szansę wykorzystał Bubba Watson. Teraz wygraną oddał Willettowi.

28-letni Anglik też umiał pomóc szczęściu. Przez trzy dni grał solidnie, a w niedzielę zagrał perfekcyjną rundę. Miał 67 uderzeń, czyli pięć poniżej par pola. Na żadnym z dołków nie zaliczył bogey'a, a z równowagi nie wytrąciła go wiadomość, że to on został nowym liderem. Dokończył rundę w pięknym stylu. - Słyszałem te wszystkie okrzyki publiczności, gdy zmieniano tablicę wyników. Jordan miał fatalną serię, a ja miałem szczęście, że wykorzystałem swoją szansę - powiedział Willett. Za zwycięstwo zarobił 1,8 milionów dolarów. Do tego, na rok dostał legendarną zieloną marynarkę, którą, zgodnie z klubową tradycją, założył mu na barki ubiegłoroczny zwycięzca, czyli Spieth.

Na zwycięstwo Anglika stawiało niewielu tym bardziej, że jego start w Masters był niepewny. Willett czekał na narodziny syna, swój udział w turnieju potwierdził w ostatniej chwili. I niemal odtworzył to, co 20 lat temu wykonał jego wielki rodak Nick Faldo. W Masters z 1996 roku Faldo tracił sześć uderzeń do prowadzącego w turnieju Grega Normana, ale turniej wygrał różnicą pięciu uderzeń po ostatniej rundzie z 67 uderzeniami i klapie rywala. Willett do Spietha tracił pięć uderzeń, wygrał z przewagą trzech.

Ameryka rozkłada na czynniki pierwsze porażkę Spietha, a w Anglii święto, bo Willett jest pierwszym graczem z tego kraju, który triumfował w Masters od 20 lat. Przerwał też europejską posuchę w Auguście - golfiści ze Starego Kontynentu nie wygrywali tutaj od 17 lat.

Dla Anglików tegoroczne Masters było wyjątkowo udane. Triumfował Willett, a drugie miejsce zajął Lee Westwood, który już po raz drugi w karierze był blisko triumfu (w 2010 roku też był drugi). W pierwszej dziesiątce było jeszcze trzech innych graczy z Anglii - Paul Casey (-1) zajął dzielone czwarte miejsce, Matthew Fitzpatrick (0) był na dzielonej siódmej lokacie, a Justin Rose (+1) na 10. miejscu.

W turnieju zapowiadanym jako wielkie starcie na szczycie, golfiści z rankingowego topu nieco zawiedli. Lider Jason Day z Australii turniej skończył na dzielonym 10. miejscy z wynikiem +1. Przez cztery turniejowe dni zagrał tylko jedną rundę poniżej par, w jego grze brakowało błysku z ostatnich tygodni. Z takim samym wynikiem turniej zakończył Rory McIlroy. Po dwóch rundach był tuż za Spiethem, ale w bezpośrednim starciu z Amerykaninem w sobotę dostał srogie lanie - 77. uderzeń w trzeciej rundzie szanse na dobry wynik mu odebrało. Bubba Watson był 37., Adam Scott 42., a Rickie Fowler w ogóle nie dostał się do finałowego grania.

Najtrudniejsze golfowe pole na świecie? Na tym dołku tonie 100 tysięcy piłek rocznie [ZDJĘCIA]


Więcej o: