Golf. Kulawy "Tygrys"

To nie seksafera, rozwód i utrata reputacji, ale chore kolano może zburzyć imperium Tigera Woodsa.
Karierę w amerykańskich mediach robi ostatnio słowo "mild", które można tłumaczyć jako "niewielki", "umiarkowany". Tak sztab Tigera Woodsa określa dwie kontuzje lewej nogi zmuszające Amerykanina do wycofania się z wielkoszlemowego US Open. "Tygrys" opuści przyszłotygodniowy turniej po raz pierwszy od 1994 r., bo cierpi na "niewielkie naderwanie przyśrodkowego więzadła pobocznego w lewym kolanie" oraz "niewielkie naciągnięcie ścięgna Achillesa".

Media czepiają się słówek, bo wydaje im się, że Woods ściemnia. "New York Times" sugeruje, że stan zdrowia Amerykanina jest znacznie poważniejszy, niż przedstawiają to oficjalne komunikaty. "Wyleczenie delikatnego naderwania więzadła zajmuje dwa do czterech tygodni, na pewno nie osiem" - pisze gazeta, powołując się na fachową literaturę medyczną.

Woods kłopoty z lewą nogą ma od lat, przeszedł cztery operacje kolana, w tym całkowitą rekonstrukcję więzadła krzyżowego przedniego w czerwcu 2008 r., Achilles też był kilkakrotnie cięty skalpelem.

Ostatnie problemy pojawiły się w kwietniu na Masters w Auguście, gdy Woods robił zamach na mocno ugiętych nogach ok. 200 jardów od greenu. W piłkę trafił czysto, ale odprowadzając kij nad głowę, lekko się zachwiał. Wtedy coś chrupnęło w kolanie. Miesiąc temu próbował wrócić - zagrał w Players Championship, ale wytrzymał pół rundy. Z pola schodził z kiepskim wynikiem i bólem w nodze. Od tego czasu wciąż chodzi o kulach, a lewą nogę ma w specjalnym bucie ochronnym.

"Jestem rozczarowany, nadszedł czas, żeby zacząć słuchać lekarzy" - napisał na swojej stronie internetowej, ogłaszając wycofanie się z US Open. "Krótkoterminowa frustracja dla długoterminowego zysku" - dodał później na Twitterze.

Gazety przypominają, że słuchanie lekarzy to pomysł dobry, choć może okazać się spóźniony. W 2008 r. ortopedzi też odradzali "Tygrysowi" udział w US Open, bo miał naderwane więzadło, ale on się uparł, zagrał i... zwyciężył. "Facet robi rzeczy, które są poza ludzką świadomością" - mówił wówczas pokonany Rocco Mediate. "Triumf na jednej nodze" - pisano. Sam Woods nazwał go "największym w karierze". Przyznał, że grał z naderwanym więzadłem ok. 10 miesięcy! Okazało się, że miał też pękniętą kość piszczelową, o której nie wiedział (doznał urazu podczas rehabilitacji po poprzedniej operacji). Dwa dni później poszedł pod nóż i nie zagrał już do końca roku.

Obecne kłopoty są następstwem tamtej lekkomyślności. Ale nie tylko. W pewnym sensie Woods sam pod sobą wykopał dołek, w który teraz wpada. To właśnie on, cudowne dziecko golfa, odmienił dyscyplinę pod koniec lat 90., wprowadzając niezwykle silny zamach i świetne przygotowanie fizyczne. Golfiści zaczęli likwidować brzuszki, odstawili piwo, bo zobaczyli, że litry potu wylane na siłowni wpływają na grę. Woods śrubował rekordy, ale robił to, eksploatując do granic swoje ciało. Teraz za to płaci. "Chciałby, żeby każda kontuzja była krótkoterminowa, ale nie chce pamiętać, skąd się one biorą. Od machania kijem golfowym" - pisze "NY Times".

Jeszcze kilka miesięcy temu jako główny powód zapaści Woodsa (nie wygrał turnieju od dwóch lat, spadł na 15. miejsce w rankingu) uważano seksaferę z 2009 r. i późniejszy rozwód. Spekulowano, że gdy zarabiający 75 mln dol. rocznie sportowiec (przed aferą - 100 mln) odzyska pewność, przestanie być pod ostrzałem mediów, to odrodzi się i zacznie wygrywać. Dziś już nikt tak nie uważa.

W 2008 r., kiedy Woods miał 33 lata, pisano, że z pewnością pobije rekord Jacka Nicklausa i wygra ponad 18 Wielkich Szlemów. Teraz nie ma odważnych, by wierzyć, że zwycięży w choć jeszcze jednym (ma 14).

Woods przedłużył niedawno kontrakt ze swoim agentem Markiem Steinbergiem. Obaj mówią, że chcą odbudowywać "Markę Woods". "Może być trudno, bo żeby ją odbudować, potrzebne są zwycięstwa, żeby wygrywać, trzeba trenować. A do tego potrzebne są zdrowe nogi" - podsumowuje brytyjski "Guardian".

Twoi znajomi już nas lubią. Sprawdź którzy na Facebook.com/Sportpl »